Sotra - lipiec 2005
Wyspa, a właściwie archipelag Sotra jest położony 10 km na południowy zachód od Bergen. To 1550 większych i mniejszych wysp zajmujących przestrzeń 312 km kw. Wody otaczające archipelag mają skrajnie różne głębokości (30-600 m). Stanowią wspaniałą alternatywę dla wypraw na daleką północ. Skuteczne połowy są możliwe zarówno na klasyczny spinning na płytszych wodach, jak również pilkerami i zestawami z przynętami naturalnymi na dużych głębokościach. To jedno z najbezpieczniejszych łowisk w Norwegii. Wody osłonięte są przed kaprysami pogody przez wysokie skalne ściany. To także jedno z niewielu miejsc, gdzie znajdą dobre warunki dla siebie także spinningiści lubiący grunt pod nogami.
Można tu łowić z brzegu, a nawet odbywać długie i ciekawe wycieczki "za drapieżnikami". Choć łódź i głębokie łowiska są w Norwegii podstawą do przeżycia wędkarskiej przygody.

Łowi się tutaj dorsze, czarniaki, rdzawce, plamiaki łupacze, zębacze pasiaste, molwy, makrele, węgorze, karmazyny, brosmy, kolenie, halibuty, śledzie, żabnice, zaś miłośnicy trollingu mogą nastawić się na łososie i trocie. Od listopada do końca maja można też łowić w specjalne pułapki wielkie homary i choć raz w życiu zjeść tego gigantycznego raka.

Norwegia... Kraj trolli, dorszy, fiordów, gór i Bóg wie, czego jeszcze. Po kilku nieudanych wyprawach na Bałtyk zacząłem marzyć o Norwegii. Żeby woda była przy samym domu. Żeby łowić tyle godzin, ile chcę ja a nie szyper. Żeby łowić tam gdzie chcę ja - a nie szyper. Żeby...
Pozostało przekonać rodzinkę do zmiany wakacyjnych planów z Chorwacji na Norwegię - co okazało się sprawą bardzo prostą po okazaniu żonie i córce kilku fotek fiordów.
Wspólnie z Guciem ustalamy termin na drugą połowę lipca. Gucio z żoną mieli z nami jechać, a co z tego wynikło - to temat na inne opowiadanie.
W październiku 2004 rozpoczynam internetowe poszukiwania. W tym miejscu muszę potwierdzić fakt powszechnie znany: Google jest najlepszą wyszukiwarką świata. Najpierw sprawdzam hasło "fiordy" i od razu trafiam na bardzo fajną stronkę domową rodziny Ryscha, Polaków z Dortmundu. Relacje z wypraw do Norwegii utwierdziły mnie w moich planach wakacyjnych.
Z początku chciałem jechać na jego miejsce - wyspę Hitra w środkowej Norwegii. Ale Rafka postawiła veto: podróż 3 dni w jedną stronę, to stanowczo zbyt długo. Nic to, szukam dalej.

Po przyswojeniu kilku norweskich słów (hytte, rorbu, rorbusenter) idzie mi coraz lepiej. Trafiam na strony www.dansommer.de, www.angelreisen.de i www.fjordfiske.com. Znalazłem kilkadziesiąt ciekawych miejsc. Wszystkie, oprócz jednego, miały podstawową wadę: w chwili rezerwacji należało wpłacić 20 % zaliczki. A w tym okresie miałem biedę w portfelu.
Dopiero tu: www.glesver-rorbu.no/ właściciel napisał mi, że wszelkich płatności dokonamy na miejscu. Decydujemy się błyskawicznie i po tygodniu otrzymuję pocztą umowę do podpisania i odesłania.
W cenie 13000 NOK za dwa tygodnie mamy piętro domu (rorbu) o powierzchni 65 m kw. wyposażone we wszystko co potrzeba i łódź 17 stóp z 10. konnym silnikiem. Po podzieleniu kosztów na 3 rodziny (Gucio, Korsarz i ja) daje to sumę ok. 2300 PLN na rodzinę. Natychmiast odesłałem podpisaną umowę. Mailem dostaję jeszcze kilka podstawowych informacji na temat łowiska (ryby są wszędzie, dostaniemy dokładną mapę, najlepiej łowić na haczyk - tak, tak).
I pozostaje oczekiwanie na upragniony dzień 15 lipca 2005...
Dom zaklepany, pozostała jeszcze kwestia dojazdu. Do tej pory korzystałem z promu Stena Line ale w tym roku przeszli samych siebie pod względem cenowym. Pomimo okresu wakacyjnego cena prawie 3000 zetów za jeden pakiet (auto + 5 osób + kabiny) wydało mi się dużą przesadą.
Zacząłem analizować inne warianty podróży. Na stronie www.promy.pl znalazłem spis połączeń promowych z Niemiec i Danii do Norwegii. Najtańsza oferta była na rejs z Rostocku (Niemcy) do Trelleborga za 125 euro za pakiet + 25 euro za kabinę, najlepsza była trasa Hanstholm - Bergen (miejsce docelowe wyjazdu znajdowało się tylko 40 km od Bergen na wyspie Sotra) za 340 euro za pakiet z kabinami.
Po dłuższych naradach z resztą ekipy (kasa!) zdecydowaliśmy się na wariant pierwszy. Niestety, przy rezerwacji okazało się, że promocja właśnie się zakończyła i cena za pakiet podskoczyła do 190 euro za pakiet. W tej sytuacji względy ekonomiczne wzięły górę i wykupiliśmy rejs ze Świnoujścia do Ystad promem Unity Line za ok. 1000 zetów za pakiet rodzinny 3 osoby + samochód i za 1500 zetów za pakiet 5 osób + samochód (jechaliśmy na 2 samochody - 7 osób) co okazało się jednym z nielicznych błędów organizacji wyjazdu. Ale o tym w podsumowaniu.
W kwietniu Gucio zrezygnował z wyjazdu. Ekonomia rodzinna wzięła górę nad chęcią przeżycia nowej przygody. Z Korsarzem trochę spanikowaliśmy na początku. No bo jak tu jechać jednym samochodem w 5 osób na 2 tygodnie w trasę 2000 km w jedną stronę ? Ale od czego jest internet. Kilka postów na portalach wędkarskich wystarczyło by znalazł się chętny.
Po kilku spotkaniach na Barce zaakceptowaliśmy nowego towarzysza podróży Konrada i jego małżonkę Gosię. Okazało się, że obaj z Maćkiem nie nadajemy się na psychologów, bo Konrad z Gośką zupełnie do nas nie pasowali (albo my do nich). Ale to wyszło dopiero w Norwegii.
Nareszcie wakacje !! Jeszcze tylko ostatnie zakupy i pakujemy naszą Krówkę (Volvo V70) po sam sufit, Konrad z Korsarzem to samo robią z Fordem Mondeo Kombi i ruszamy. Konrad opracował trasę wg namiarów GPS i postanowił jechać przez Poznań, ja standardowo przez Toruń. Prom mamy ze Świnoujścia o 13.00 dlatego postanowiliśmy wyjechać o 3.30 żeby spokojnie dojechać. Ja melduję się przy odprawie o 11.30 pomimo krótkiej przerwy w Toruniu i śniadania po drodze, Konrad ledwie zdążył. GPS nie przewidział polskich realiów drogowych typu wakacyjne remonty i korki...
Po odprawie a właściwie jej braku (uroki Unii Europejskiej) wjeżdżamy na prom.
Punktualnie o 13.00 opuszczamy Świnoujście i o 19.30 dobijamy do portu w Ystad. Jeszcze tylko 200 km przed nami do miejsca noclegu w miejscowości Getinge, 5 km za miasteczkiem Halmstad. O 22 dotarliśmy na miejsce. I okazało się, że nie musimy rozbijać namiotów w deszczu, bo Anna, moja znajoma z czasów arbeitu w Szwecji ma wolny cały dom gdzie swobodnie się wszyscy pomieścimy. Zmęczeni, jemy szybką kolację, jeszcze po piwku i lulu.
O 6 rano pobudka, kawa i ruszamy w dalszą drogę. Przed nami 350 km do Oslo i potem 500 km trasą E16 przez góry do Bergen. Wybraliśmy tą trasę za namową Konrada, który nas przekonywał, że jest dużo łatwiejsza niż droga nr 7 biegnąca po drugiej stronie pasma górskiego. No cóż, był tam już, jechał tamtą trasą, widocznie ma rację... Dorota przejęła rolę GPS-a i jak po sznurku pokierowała mnie przez Oslo. Przed nami drogowskaz: Bergen 499 km.....
Trasa nie pozwala rozwinąć prędkości większej niż 80 km/h. Zakręty, serpentyny, tunele, wodospady... Podziwiamy widoki ośnieżonych szczytów gór.

Na przydrożnym parkingu robimy przerwę na posiłek.
Pierwszy tunel nie robi na mnie wrażenia. Ot, taki długości 2 km. przy dwudziestym szlag mnie już trafia. Przy setnym dostaję klaustrofobii. Po przejechaniu przez tunel o dł. 24 km muszę zrobić przerwę na kawę.

Nareszcie wjeżdżamy do Bergen. Znowu Dorota w roli GPS-a kieruje mnie właściwą trasą na wyspę Sotra, nasze miejsce docelowe. Po 15 godzinach jazdy potwornie zmęczeni docieramy na miejsce. Klucz czeka na nas w restauracji. Jeszcze tylko rozpakowanie, kolacja, szybkie pół litra i spać, spać, spać...

Pomimo wczorajszego zmęczenia, budzę się o 5.30 rano. Korzystam z okazji, że wszyscy jeszcze śpią i robię sobie potężną turbokawę. Wyglądam przez okno. MAMUSIU !! JAK TU PIĘNIEEEEEE !!!

Szybko wychodzę na przystań. Niesamowita przejrzystość wody, tysiące drobnych ryb różnych dziwnych gatunków uwijające się wśród roślinności, większe sztuki głębiej przemykają między kamieniami i wodorostami. Czuję się tak jakbym obserwował podwodny świat w olbrzymim akwarium.
Budzę resztę towarzystwa. Czas na ryby! Jeszcze tylko pakowanie sprzętu na łódź. Konrad wyjmuje echosondę, podstawowy model Eagle'a. Mój Boże, żebym ja wiedział, że on ma takie gówno to wziąłbym od Ryśka profesjonalnego Lowrance'a... Musimy jednak sobie radzić z tym co mamy.

Wszystko zapakowane, startujemy. Silnik, 10-konny 2-suwowy Tohatsu odpala od pierwszego pociągnięcia. Płyniemy podziwiając niesamowite widoki.
Odczytujemy głębokość na sondzie. 5m, 10, 20, 30.... Zatrzymujemy się w dryfie przy pionowej ścianie gdzie metrod skał sonda pokazuje właśnie 30 metrów i trochę ryb. Tu właśnie Korsarz łowi pierwszą rybę wyprawy - dorszyka, rozmiar "podpiński". Dalszy dryf nie daje efektów. 30, 40, 80, 100 metrów. Na tej głębokości kończą się możliwości echosondy Konrada. Jeszcze tylko jest w stanie pokazać odczyt głębokości jak stoimy w lekkim dryfie ale już ukształtowanie dna czy ewentualne ławice ryb już przekraczają jej możliwości więc trzymamy się tych głębokości. Konrad łowi jakieś dziwadło, które odpina z pilkera w rękawicach.
Potem łowi przecudnej urody dorszyka w czerwonym kolorze.

I tak przez cały dzionek zmieniamy miejsca, szukamy, łowimy...
Upływa dzień za dniem w tempie ekspresowym. Główną naszą zdobyczą są plamiaki od 0.5 do 3 kg, które obojętnie na jakiej głębokości zacięte - walczą do samej powierzchni. Na lżejsze zestawy trafiają się niezwykle smaczne makrele. Jak się trafią trzy na raz to ma się wrażenie, że na końcu zestawu uwiesił się niebyle jaki misio.

Na większych głębokościach i skalistym dnie łowimy molwy, a na stosunkowo płytkim (15-30 metrów) łowisku na napływowej stronie skał Korsarz łowi największe dorsze wyprawy.

Łowi je na ciemne gumy. A że miał ich tylko dwie sztuki i szybko urwał to i dorsze się skończyły. To kolejny błąd wyprawy, który można było stwierdzić dopiero na miejscu. Na przyszły rok już będziemy lepiej przygotowani.
W toni trafiają się niebrzydkie rdzawce i małe czarniaki, które stylem walki przypominają łososie.

Ale większych sztuk brak. Miałem jednak przeczucie, znak od Boga, że to się zmieni. Bo jak nie tu to gdzie?!
Któregoś pięknego dnia moja córka Kasia kategorycznym tonem żąda uzbrojenia lekkiego spinningu i zielonego twistera. I szybko pokazuje, że też potrafi łowić. Jej łupem padają przyzwoite rdzawce żerujące w przybrzeżnych kamieniach.

A my postanowiliśmy poszukać mocniejszych wrażeń. Płyniemy dalej. Gdzieś kiedyś wyczytałem (chyba w WŚ), że jedne z lepszych łowisk norweskich znajdują się w okolicy ferm łososi. W kolejnej skalistej zatoce natrafiamy na taką fermę.
Opływamy ją dookoła. Robi wrażenie. W basenach łososi na gęsto. Nigdzie nie widać tablic o zakazie połowu więc zaczynamy. Najpierw nieśmiało w odległości ok. 200 metrów od hodowli. I znowu łowimy plamiaki i pojedyńcze czarniaki. Powoli dryfujemy w stronę hodowli. Sonda pokazuje głębokość od 90 do 35 metrów przy samej farmie. Musimy uważać na liny mocujące.
Przy kolejnym dryfie wpływamy między baseny z łososiami i przybrzeżne skały. Pod nami 60 metrów głębokości. I zaczyna się festiwal. Ryby biorą na wszystko. Przy dnie i w toni. Jedna się spina, zaraz inna bierze. Duże plamiaki, molwy, bosmy, pojedyncze dorsze, czarniaki i rdzawce. Niezależnie od zestawu. Konrad łowi na pilkera 70 g, Maciek na 150 g a ja na 250 g.
W pewnym momencie czuję potworne walnięcie przy samym dnie. Zacinam i siedzi. Niestety, po kilku metrach puszcza węzeł na plecionce. Szlag mnie trafia bo już dawno miałem go przewiązać. Ponawiamy dryf. Tym razem czekam i rozmasowuję sobie bark. Dopiero po zdryfowaniu na poprzednie miejsce opuszczam zestaw na dno. I znowu to samo ! Ale tym razem plecionka przewiązana i nic nie powinno się wydarzyć. Po kilku potężnych szarpnięciach ryba słabnie i hol przypomina wyciąganie beczki z kamieniami. Powoli "coś" wyciągam na powierzchnię. Jezusie Nazareński... Olbrzymia paszcza pełna zębów... Najprawdziwsza żabnica !! Konrad z pewną dozą nieśmiałości i niemałym lękiem w oczach podhacza ją osęką.

Nienaturalnie opasły brzuch sugeruje niespodziankę. Łowimy jeszcze kilka plamiaków i spływamy do domciu.
Pozostało tylko przygotowanie jedzonka.

Uśmiech księżniczki. Jest jak Fiat Multipla - tak brzydka że aż piękna. Zęby jak u rekina.

Przy patroszeniu wyjaśnia się zagadka jej pełnego żołądka. Księżniczka zjadła na śniadanie ponadkilogramową flądrę.
Na kolację mamy filety i zupę rybną.
* * *
A co poza rybami?
Po pierwsze Bergen. Śliczne miasteczko położone nad fiordem.

Atrakcje turystyczne oparte na rodzimych legendach i opowieściach. Kulinarne rozmaitości...
I akwarium z rybami norweskich fiordów...

W Muzeum Historii Naturalnej możemy podziwiać wypreparowane okazy świata zwierząt. Np. szkielety olbrzymich krokodyli. I okazy rekinów.

Po drugie Lodowiec. Po drodze mamy przeprawę promową na drugą stronę fiordu. A wjazd na szczyt wyzwala sporą dawkę adrenaliny.

A widok lodu i narciarzy w środku lata...

Na dole temperatura powietrza wynosiła 23 stopnie a na górze 8 stopni. Różnica poziomów - 1500 metrów.
Jakie popełniliśmy błędy ?
- 1. Przeprawa promowa. Lepiej chyba jest płynąć z Danii do Bergen. Odpada w ten sposób 500-kilometrowa trasa przez góry i przełęcze. A do Danii jedzie się przez Niemcy autostradą. W sumie wyjdzie taniej i mniej męcząco.
- 2. Towarzystwo. Ostatni raz wziąłem nieznajome osoby znalezione przez internet, żeby obniżyć koszty na osobę. Jestem człowiekiem kompromisów ale bez przesady. W przyszłym roku wolę zapłacić więcej i mieć święty spokój.
- 3. Przynęty. Zapomnijcie o bałtyckich pilkerach i przywieszkach w jaskrawych kolorach. Ze względu na niesamowitą przezroczystość wody w norweskich fiordach sprawdzały się przede wszystkim srebrne pilkery i ciemne gumy. Przywieszki ze srebrną blaszką znakomicie wabiły makrele i inne ryby.
- 4. Echosonda. Podstawowe modele można zostawić w domu. Potrzeba jest echosonda z mocnym sygnałem i dużą rozdzielczością, aby cokolwiek odczytać na głębokościach powyżej 100 metrów.
- 5. GPS. Wskazany ale w tych okolicach niekonieczny. Zawsze natrafimy na inne rybne miejsce.
Cały 2-tygodniowy urlop wraz z wszelkimi możliwymi kosztami wyniósł 2500 zetów na osobę.
WRAŻENIA - BEZCENNE
PS. Od kilku dni mam sny. Śnią mi się Lofoty...
Dom o pow. 75 mkw. 3 sypialnie, 2 łazienki, kuchnia połączona z salonem, w pełni wyposażona. Zamrażarka w domu.
Na dole pralnia, suszarnia.
Osobne miejsce do oprawiania ryb
Łódź 5.8 m, silnik 10 KM.






Sotra 2005
